Klimat to sprawa polityczna

Agata Otrębska
15:00
0

Aktywistki i aktywiści nie muszą znać odpowiedzi na wszystkie pytania, bo to nie jest ich zadanie. Aktywizm polega na pokazywaniu rządzącym obszarów, w których konieczna jest zmiana, i wywieranie presji, by ta zmiana się dokonała. Wymyślenie jak najlepszej drogi do tego celu należy do obowiązków decydentów – rozmowa z Agatą Otrębską, aktywistką klimatyczną i feministyczną, trenerką, coacherką i tutorką

Małgorzata Druciarek, Paulina Sobiesiak-Penszko Agato, opowiedz nam coś o sobie.

Agata Otrębska

Jestem z Katowic, niedawno skończyłam 41 lat i mam, jeśli można to tak ująć, kilka tożsamości. Z jednej strony jestem matką nastolatki, dość mocno wyemancypowanej, więc to zajmuje pewną moją przestrzeń życiową. Z drugiej strony jestem aktywistką klimatyczną i feministyczną, działam w tych obszarach. Zawodowo z kolei – pracuję jako trenerka, coacherka, tutorka i moderatorka.

Kiedy zdecydowałaś się robić coś dla klimatu? Jak to było?

To chyba był dłuższy proces, ale pamiętam, że w 2014 roku przeczytałam istotny dla mnie wywiad. Wtedy u jednej z koleżanek na Facebooku zobaczyłam taki wpis: „Jeszcze tylko 6 lat” i jakiś link. Koleżankę lubię, więc kliknęłam. No i przeczytałam wtedy rozmowę z Dennisem Meadowsem, jednym z autorów słynnego raportu Granice wzrostu dla Klubu Rzymskiego. Pamiętam, że przeczytałam ją przynajmniej z pięć razy. Miałam wtedy 30 parę lat, 6-letnie dziecko i czułam się tak, jakbym czytała w dzieciństwie o duchach. Opanowała mnie wielka panika. To chyba był pierwszy moment, w którym zyskałam świadomość, że dzieje się coś ważnego. Wcześniej funkcjonowałam w normalnym, neoliberalnym życiu, budowałam swój mały sukcesik. Chciałam coś robić znaczącego w świecie, ale akurat nie czułam, że tą sferą jest klimat. Zresztą wyniosłam z domu taki przekaz, że ekolodzy to oszołomy, świry i przeginają. Oczywiście już nie miałam takiego wyobrażenia jako dorosła osoba, ale zostawiło to gdzieś we mnie jakiś ślad. Ten wywiad był dla mnie przełomem. Zaczęłam wszystkim o nim opowiadać. Rozmawiałam z bliskimi, niebliskimi. Ogólna reakcja była taka, że jestem paranoiczna, że zaczynam świrować, że przecież nie jest aż tak źle, że na pewno coś wymyślą, coś się zdarzy, pojawi się jakaś technologia. Ja z kolei zaczynałam szukać coraz dokładniejszych informacji i okazało się, że jest coraz gorzej. I teraz nastąpi lekko obciachowa część tej historii. Czytając o katastrofie środowiskowej i klimatycznej, wpędziłam się w ogromny stres, a nie potrafiłam znaleźć wokół siebie środowiska, w którym mogłabym w jakiś sposób przetworzyć go na działanie. Pojechałam więc do sklepu i zrobiłam zapasy żywności na rok. Kupiłam konserwy, groszek, rzeczy, które przez parę lat przetrwają. Niewiele brakowało i zaczęłabym budować schron. Po tych zakupach trochę się uspokoiłam, napięcie zeszło i zaczęłam myśleć racjonalnie. Moje pierwsze kroki trwały bardzo długo i były bardziej skierowane na indywidualne wybory – zaczęłam myśleć o ograniczaniu mięsa, zastanawiać się, w jaki sposób można żyć, żeby konsumować mniej energii, zaczęłam się interesować różnymi ekologicznymi kierunkami, ale to były bardzo drobne kroczki.

Początek mojego właściwego aktywizmu przypadł natomiast na końcówkę roku 2018, kiedy zbliżał się COP (Conference of the Parties) w Katowicach. Wtedy już wiedziałam, że chcę uczestniczyć w tak zwanym społecznym COP-ie organizowanym przez Greenpeace w budynku na środku katowickiego ronda, tuż przy głównym COP-ie. Wtedy też zaczęto sprawdzać możliwości stworzenia ruchu klimatycznego na Śląsku. Skontaktował się ze mną Piotrek Trzaskowski, którego znam ze Szkoły Liderów Politycznych. Powiedział, że chcieliby wspólnie ze znajomymi uruchomić siłę społeczną, klimatyczną w Katowicach i czy jestem zainteresowana współpracą. A ponieważ budowanie społeczności, praca z ludźmi były mi niezwykle bliskie, to się zdecydowałam. W cztery osoby doprowadziliśmy do pierwszego spotkania Śląskiego Ruchu Klimatycznego, choć, oczywiście, jeszcze wtedy nie miał tej nazwy. To było 14 stycznia 2019 roku. Mimo że to był bardzo trudny dzień, bo wtedy zginął prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, to na spotkanie przyszło mnóstwo ludzi. I od tego momentu to jest moja główna aktywność na rzecz klimatu.

Agata Otrębska (fot. Karolina Sobel)
Czy Śląski Ruch Klimatyczny to jest twoja działalność wyłącznie społeczna czy też zawodowa?

Społeczna. Na początku to moje pierwsze zaangażowanie miało być zawodowe, z wynagrodzeniem, finalnie jednak było społeczne i tak już pozostało. Tak zdecydowałam. W zasadzie dla większości ludzi w Ruchu jest społeczne.

Opowiesz nam coś więcej o Ruchu?

Śląski Ruch Klimatyczny jest oddolną strukturą, oddolnym ruchem, który ma w swojej orbicie około 150 osób. Naszym głównym celem jest zapobieganie katastrofie klimatycznej, natomiast koncentrujemy się na tym, co się dzieje na Śląsku i co my w tej sprawie możemy zrobić.

Mamy różne nurty działania. Organizowaliśmy protesty, manifestacje związane z globalnym ruchem Strajku dla Ziemi w 2019 roku, robiliśmy też happeningi, na przykład Czysty węgiel nie istnieje, kiedy to performerzy i performerki przebrani za polskich polityków szorowali bryłki węgla na katowickim rynku. Bierzemy również udział w życiu politycznym. Uczestniczymy w konsultacjach, spotykamy się z ekspertami, ekspertkami, ale też z przedstawicielami władzy. Nawiązaliśmy kontakt z Urzędem Miasta Katowice, ponieważ mamy postulaty związane z polityką energetyczną i w ogóle z polityką klimatyczną Katowic. Prowadzimy też działania edukacyjne. Jest cała grupa, nazywa się Kuchnia z klimatem, która zajmuje się edukowaniem, pokazywaniem sposobów zdrowego i ekologicznego odżywiania. Prowadzimy też inne akcje edukacyjne, konferencje, spotkania, seminaria – bardzo różne aktywności. Powiedziałabym, że mamy ruch, który łączy kilka nurtów: kampanijny, akcyjny, skierowany na indywidualne wybory, edukację.

Czy jest ktoś, kto inspiruje cię do działania?

Takich osób i organizacji, które działają na rzecz klimatu, jest mnóstwo. Dla mnie ważne są przede wszystkim kobiety. W ogóle w Polsce na przykład tematem sprawiedliwej transformacji tak naprawdę zajmują się kobiety. I to one mnie inspirują: na przykład Marta Anczewska z WWF-u (World Wide Fund for Nature), inspiruje mnie Iza Zygmunt z CEE Bankwatch Network, ale też lokalne osoby, takie jak Alicja Zdziechiewicz z naszego Śląskiego Ruchu Klimatycznego, która działa w Imielinie i zajmuje się oddolnymi akcjami powstrzymującymi uruchomienie przez PGG nowego złoża. Inspirują mnie Miłka Stępień i Agata Kuźmińska, które od lat wykonują trudną i żmudną pracę na rzecz Wielkopolski Wschodniej – na froncie lokalnym, krajowym i międzynarodowym. Natomiast te wszystkie oddolne działania przeciwko kopalniom i te powstrzymujące ich działalność wymagają sprzeciwienia się własnemu środowisku i powiedzenia: nie zgadzam się na to, co się tutaj dzieje. Takie postawy mnie inspirują. Oglądam się też na Obóz dla Klimatu, współdziałałam z nimi przez jakiś czas. W ubiegłym roku brałam udział w akcji nieposłuszeństwa obywatelskiego w okolicach Konina. To był bardzo istotny dla mnie moment, jeśli chodzi o taką transformację myślenia o dostępnych sposobach działania. Obserwuję też uważnie, co się dzieje na poziomie globalnym – przyglądam się na przykład działaniom Extinction Rebellion. To są dla mnie takie inspirujące punkty.

Patrząc na to, co się dzieje na poziomie europejskim czy globalnym, jak oceniasz dynamikę działania na rzecz ratowania klimatu?

Gdy myślę o różnych procesach, które się toczą globalnie, to widzę, że są dobre ramy, jest deklaratywna gotowość do zmian, ale praktycznie dzieje się za mało i za wolno. Ja już chyba za bardzo nie liczę na wyprzedzające polityczne decyzje. Liczę natomiast na pewien wpływ zmian społecznych, gospodarczych, na zmiany w technologiach, jeśli chodzi o energię. Myślę, że w pewnym momencie nastąpi kryzys, który wymusi zmiany na szerszą skalę.

Nie łudzę się już jednak, że to będą zmiany w wyniku decyzji, tylko raczej sądzę, że będą one skutkiem kryzysu.

Śląski Alarm dla Ziemi (fot. Marek Galica)
Czyli będą chaotyczne?

Chaotyczne, gwałtowne. Natomiast najbardziej liczę na to – naiwnie i nie odbierajcie mi tego – że to będzie kryzys dający jeszcze możliwość refleksji, że jeszcze nie będzie za późno, aczkolwiek mogę się mylić.

Jak myślisz, czy obecna sytuacja pandemiczna coś zmieni, przyspieszy?

Światowa pandemia pozwala poczuć bardzo delikatnie przedsmak tego, co nam grozi w wyniku kryzysu klimatycznego. Ta sytuacja była moją wielką nadzieją. Pomyślałam sobie: dzieje się coś takiego, wielka zaraza, to jest spektakularne, trudno by było wymyślić coś bardziej spektakularnego. Jaka okazja na systemowe zmiany! Ale nauczona już doświadczeniem byłam na 90 procen przekonana, że pojawi się tendencja, żeby wrócić do statusu quo. Choć pozostało we mnie te 10 procent nadziei, że jednak nastąpią jakieś zmiany. I jakieś nastąpiły, lokalnie, mniejsze lub większe, ale po lockdownie zaczęło się odmrażanie. Jeżeli nie podjęto wysiłku w kierunku zmian systemowych teraz, gdy czujemy, czym pachnie światowy kryzys, jeżeli taki biznes, jak lotnictwo, będzie się odbudowywać bez żadnych modyfikacji, to co więcej mogłoby się jeszcze wydarzyć, żeby realnie coś się zmieniło? Ja nie wiem.


Może ludzie zmienią trochę swoje nawyki i zaczną mniej podróżować…

Podejrzewam raczej, że sprawdzi się to, o czym mówił Meadows: paliwa będą coraz droższe, a era tanich lotów się skończy. Będą latać ludzie bogatsi, zamożniejsi, płacąc za to dużo więcej. Ten kierunek widzę jako możliwy. Natomiast będzie tak długo opóźniany, jak to tylko możliwe.

Gdy usłyszałam o pustych przelotach samolotów w czasie pandemii, to stwierdziłam, że to jest idiotyzm, to się nie mieści w głowie. A jednak dzieje się tak z przyczyn ekonomicznych. Nie mam więc za dużo nadziei, szczerze mówiąc. Myślę, że zajmuję się aktywizmem w dużej mierze po to, żeby nie myśleć o rozpaczy. Po prostu myślenie o tym, co nas czeka, i niedziałanie psychologicznie jest bardzo trudne do zniesienia. Działanie daje jednak takie poczucie…

Sprawstwa…?

Tak, sprawstwa. I oczywiście nie chcę tego cynicznie mówić, że to jest tylko zmiana mojego psychologicznego stanu. Ja naprawdę głęboko wierzę, że działanie może coś przynieść, jakieś zmiany, choćby nieduże. Natomiast myślę, że bez tego ja bym po prostu ześwirowała, budowałabym już schron.W jaki sposób mówić o zielonej transformacji ludziom, którzy mogą być w pierwszej kolejności nią dotknięci?

Myślę, że ogólne pytanie jest takie:

jak mówić do ludzi, żeby do nich dotrzeć. Na razie globalnie wszyscy ponosimy porażkę w tej kwestii. Bo to nie dociera ani do polityków, ani do sfery biznesu, nie dociera do ludzi, których się nazywa konsumentami czy konsumentkami. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak o tym mówić. Tak sobie myślę, że to, co my umiemy robić, to docierać do osób, które już w jakiś sposób są świadome. Poszerzanie tej wiedzy czy angażowanie ich jest relatywnie łatwe, ale docieranie do nowych grup, które chciałyby przeciwdziałać katastrofie klimatycznej, jest czymś, co nie idzie dobrze.

Dlatego też przykład Młodzieżowego Strajku Klimatycznego był taki budujący, bo się okazało, że cała rzesza młodych ludzi jest jednak zainteresowana klimatem i zaangażowana.
 

Jest jakiś plan na to, jak tę sprawiedliwą transformację przeprowadzić? Może masz swój plan?

Nie mam „swojego planu”. Zakładam też, że gdybym taki miała, to zajmowałabym się czymś innym niż aktywizmem.

Aktywizm to jest obywatelska troska i obywatelskie zwracanie uwagi na to, co jest ważnym problemem, i skłanianie ludzi, którzy się na tym znają i mają możliwości wpływu, żeby dokonali właściwych zmian. Przez długi czas żyłam w takim przekonaniu, że muszę wiedzieć więcej, znać wszystkie odpowiedzi, ale teraz czuję, że absolutnie tego nie muszę. To nie jest moja rola. Moją rolą jest pokazanie tym, którzy rządzą, co jest ważne i co trzeba z grubsza robić.  

Tak też podchodzimy w Śląskim Ruchu Klimatycznym do naszej kampanii miejskiej: wiemy, w jakim stanie miasto powinno być, ale ani ja sama, ani moje koleżanki i moi koledzy nie będziemy władzom miasta mówić, co krok po kroku mają zrobić. Oczywiście możemy ułatwić kontakty z osobami, które się na sprawie znają, natomiast nie będziemy podejmować działań za miasto. Podobne podejście mam do sprawiedliwej transformacji. Wskazówki są, WWF wydał raport o sprawiedliwej transformacji na Śląsku, o prognozach, o możliwych kierunkach zmian. To było w 2018 roku. Ten raport jest gotowy, dostępny. WWF jeździ z nim do decydentów, prezentował go w regionach górniczych. Można z tego skorzystać. To są kierunki, które można obrać, wskazówki, więc ja nie muszę wymyślać niczego nowego. Teraz pozostaje kwestia, w jaki sposób przekonać samorządy, rządy, globalne struktury do tego, żeby ta zmiana się wreszcie dokonała.

Z jakimi trudnościami borykasz się w swojej działalności?

Podstawowa trudność jest taka, że to, co robię, często nie jest zrozumiałe dla otoczenia. Czasami wiąże się to z takimi prostymi patriarchalnymi ocenami typu: masz dziecko, czemu się nim bardziej nie zajmiesz, czemu tyle gadacie, spotykacie się, nic z tego nie wynika albo za mało z tego wynika. Inna rzecz to porady od ludzi pracujących w biznesie, którzy mają pomysł, żeby ruch funkcjonował biznesowo. Tylko że w ruchu oddolnym nikt nikomu za działalność nie płaci albo przynajmniej nie płaci większości, w związku z tym nie da się tego efektywnie egzekwować, jak to się dzieje w korporacyjnym biznesie. Zresztą ten biznes i to egzekwowanie, skuteczność, efektywność, która jest miarą prawdy w kapitalizmie, jest przyczyną naszych problemów z klimatem. Więc ja mam wątpliwości, czy ułożenie ruchu w ten sam sposób przyniosłoby korzyści. Poza tym ruchy mają strukturę niehierarchiczną, nie ma bossa, który decyduje o kierunku działań i będzie trzymał wszystkich za mordę, żeby nie zbaczali z właściwej ścieżki. Nie o to chodzi, zamordyzmu mamy w świecie dość i nie potrzeba nam nowego.

Mam czasami takie poczucie, że jestem rycerką przegranej sprawy, że naprawdę i tak nic z tego nie będzie. Taki spadek wiary. Przy pandemii zaobserwowałam, że dużo osób straciło nadzieję. Są też osoby, które po prostu wpadły w depresję, albo takie, które udały się na emigrację wewnętrzną, bo ciśnienie było zbyt duże. Albo pojawiła się rezygnacja, że nie udało się zrealizować jakichś planów.

Więc to jest chyba kłopot w tej aktywności – często jest to chodzenie od porażki do porażki, a nie od sukcesu do sukcesu.

Tym, co mnie energetyzuje, jest na przykład działalność uliczna, protesty. Wtedy, czując tę energię, siłą rzeczy się ładuję. Muszę mieć jakąś pożywkę, bo inaczej mnie zasysa. I sądzę, że wszyscy się z tym mierzymy. Z taką trudnością, z którą się mierzymy jako wszystkie grupy działające na rzecz klimatu, jest wrażenie, że co byśmy nie zrobili, to będzie za mało i za wolno.

Liczę na to, że ta suma naszych małych działań w różnych miejscach coś przyniesie i któreś zmieni się w duże działanie. Trudno powiedzieć które, ale te wszystkie małe muszą się wydarzyć, żeby to duże mogło urosnąć. Musi nastąpić pewien punkt krytyczny.
 

Co postrzegasz jako swój największy sukces? O czym lubisz myśleć, kiedy brakuje ci siły i energii do działania?

Naszym wspólnym sukcesem tutaj na Śląsku jest to, że się zgromadziliśmy, wymieniamy się informacjami, działamy wspólnie. Tego nie było. Byliśmy w stanie doprowadzić do realnych, rzeczywistych działań, doprowadzić do kontaktów z politykami, wyprodukować dokumenty, które coś zmieniły, ogłosiliśmy nasz manifest, uczestniczyliśmy w konsultacjach społecznych dotyczących różnych wątków. Myślę, że stworzenie i tej struktury, i tego poczucia więzi jest ważne i moje osobiste poczucie jest takie, że miałam w tym udział i z tego jestem dumna. Oprócz tego jestem też dumna z pojedynczych działań: każdego protestu, każdej akcji, mojej własnej pracy z WWF-em – jestem dumna, że nasze działania przyniosły konkretne korzyści, na przykład w Bytomiu, który jako miasto sięga teraz po pieniądze z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji.

Jest dużo takich drobnych rzeczy, które mi pokazują, że warto. Lem powiedział kiedyś w jednym z wywiadów, że jak on jedzie na targi książki, to się czuje, jakby stał z łyżeczką wody nad oceanem i próbował ten ocean powiększyć. Czasem też się tak czuję, ale to jest fajna łyżeczka.
 

Jakiego, twoim zdaniem, wsparcia potrzebowaliby aktywiści klimatyczni w Polsce?

Organizuję teraz Ekologiczną Akademię Kobiet i uczestniczę w niej. To taka przestrzeń, która powstała po to, aby kobiety działające w sferze ochrony klimatu, ochrony środowiska dostały wsparcie, jakiego potrzebują. To jest chyba kluczowe dla całego ruchu – potrzebne jest takie wsparcie, również życiowe, oraz możliwość wygadania się. Aktywiści i aktywistki bardzo dużo energii wkładają w to, żeby żyć w zgodzie z różnymi zasadami, a do tego jeszcze działać na rzecz klimatu. Bardzo trudno jest to pogodzić z normalnym, współczesnym życiem, pracą, tym, co nazywa się sukcesem czy powodzeniem. Bardzo łatwo jest wpaść w stan, w którym samej ma się niedobory. Są osoby, które nie mają wystarczająco dużo zasobów, żeby działać, a działają. I z wypaleniem przychodzi bardzo mocne uderzenie. Jeżeli chcemy, żeby ten ruch działał, musiałby powstać system wsparcia najbardziej bazowego i bezpośredniego, żeby przetrwać, żyć na takim poziomie, żeby ludzie nie musieli się martwić, czy będą w stanie wykarmić siebie i swoich bliskich. Innym obszarem jest wsparcie psychologiczne, wsparcie wzajemne, koleżeńskie, czas, żeby można było opowiedzieć, w jaki sposób radzimy sobie z różnymi rzeczami. Bo ludzie po prostu działają, działają i nie dbają wystarczająco o to, żeby zorganizować sobie wsparcie. Takie działania wspierające są więc konieczne. Potrzebne jest również wsparcie w zdobywaniu wiedzy kierunkowej w taki sposób, żeby nie powtarzać tego, co się już zna, a rozwijać w określonym kierunku. Nie wiem absolutnie, jak to systemowo zrobić, więc działam w swojej skali.
 

Chciałam zapytać cię o klimat i kobiety. Czy uważasz, że skutki zmian klimatu jakoś inaczej dotykają kobiet i mężczyzn?

Istnieją dane i informacje potwierdzające, że tak jest. Skutki wszystkich kryzysów są mocniej odczuwane przez kobiety, zwłaszcza w takim globalnym wymiarze, bo w zachodnich społeczeństwach będzie to może mniej widoczne. Po prostu kobiety mają gorzej w zasadzie we wszystkich społeczeństwach, więc to one mocniej oberwą. Również jako te, którym przypisuje się odpowiedzialność za inne osoby: dzieci, starszych, chorych. Jestem więc przekonana, że zmiany klimatyczne dotykają przede wszystkim kobiet i to się już dzieje.

Myślisz, że w związku z tym mamy jakąś szczególną rolę do odegrania, jeśli chodzi o przeciwdziałanie katastrofie klimatycznej?

My tę rolę odegramy, na pewno. Natomiast czy mamy ją do odegrania?

Uważam, że rolę do odegrania ma większość, która ma władzę. Są to mężczyźni, są to politycy i jest to duży biznes. Oni dostali tę rolę, ale jej nie odgrywają. Natomiast to, że siła zmiany ma szansę przyjść ze strony mniejszości, to jest jasne.

Do tej pory w historii większość zmian stąd się właśnie brała. Ja też mocno wierzę, że te wszystkie bitwy są wspólną walką, to do mnie przemawia. Walka kobiet o swoje prawa jest powiązana z walką o klimat. A to z kolei jest związane z większą wojną o równość mniejszości i z tym, żeby kapitalizm przestał być dominującym paradygmatem. Oczywiście nikt nie ma pomysłu, jak ma wyglądać ten inny paradygmat. Tak, mam przekonanie, że kobiety odegrają bardzo ważną rolę, natomiast widzę również, że ruch kobiet to nie jest tylko wątek klimatyczny, bo nie tylko na tym polu jest coś do zrobienia. Kobiety muszą też walczyć o kobiety.
 

Gdybyś chciała zachęcić inne kobiety do tego, żeby działały na rzecz klimatu, to co byś im poradziła?

Najpierw poradziłabym im, żeby się włączyły w jakieś działanie feministyczne. Bo jeżeli kobieta się włączy w taką aktywność, to poczuje swoją siłę. Potem tak naprawdę można pójść w różnych kierunkach, bo póki funkcjonujemy w tym patriarchalnym paradygmacie, to rola kobiety w działaniach na rzecz ochrony klimatu może być ograniczona. Jeżeli ja nie wychodzę poza ten model, który jest kobiecie przypisany, to prawdopodobnie jako kobieta skupię się na wyzwaniach indywidualnych wyborów: moja rodzina przejdzie na dietę wegetariańską, potem wegańską, założymy panele słoneczne, może zaczniemy kupować mniej ciuchów, może nie w sieciówkach.

Natomiast mam takie przekonanie, że jeśli chodzi o klimat, to paradygmat walki jest na miejscu. Podobnie jest w przypadku praw kobiet. Wydaje mi się, że jeśli nie przejdzie się z paradygmatu zmian małymi kroczkami do paradygmatu walki, to dużo się nie zmieni. Zachęcałabym kobiety, żeby nie bały się walki, nie bały się siły.

Kiedy rozmawiam z kobietami, często spotykam się właśnie z tym zarzutem, że mam taki język wojenny, że nie jest to język kobiet. Wojna jest elementem patriarchalnego świata, ale może trzeba ten układ patriarchalny światu zabrać, może trzeba po prostu facetom zabrać tę wojnę. Radziłabym, żeby kobiety po prostu się postawiły, zrobiły coś zupełnie innego niż do tej pory, nie myślały aż tyle o swoich najbliższych, a zajęły się sprawami, które są globalnie ważne. Chciałabym im powiedzieć: nie zajmujcie się tylko swoimi dziećmi i rodzinami, zajmijcie się klimatem. To nie jest przekaz lubiany. To nie jest coś, czego się miło słucha, zwłaszcza w Polsce, bo w naszej kulturze mamy bzika na punkcie rodziny, ale w gruncie rzeczy do tego się to sprowadza:

jeśli chcesz się zająć klimatem, musisz odpuścić to, co do tej pory było dla ciebie ważne, to, co inni uważają za ważne dla ciebie jako kobiety.

Powiedz jeszcze, jakie działania, poza tymi niszczącymi patriarchat, byłyby potrzebne, żeby wzmocnić rolę kobiet w walce na rzecz klimatu?

Bardzo potrzebne jest to, co między innymi robimy w Ekologicznej Akademii Kobiet, czyli wspieranie siebie nawzajem. Różne kręgi kobiet, grupy kobiece, które pozwalają na kontakt i rozmawianie o swoich wyzwaniach i trudnościach. To jest coś, co buduje energię kobiet do zmiany, więc uznaję to za ważne. Spotykaj się jak najczęściej, spotykaj się z kobietami, które działają na rzecz klimatu, i zapożyczaj od nich różne pomysły. To jest chyba to. Inną radą może być zgłoszenie się do powszechnie znanej organizacji jak Greenpeace. Bo takie organizacje mają już określone recepty na działanie, gotowe propozycje. Kobietom, które do tej pory jeszcze nie działały na rzecz klimatu, powiedziałabym: zobaczcie, gdzie jest jakiś protest klimatyczny, i tam pójdźcie. Pójdźcie, a spotkacie nowych ludzi ze swojego środowiska. To jest taki dobry moment, poczucie energii ulicy, która pozwoli nabrać siły do działania. Protest jest też pierwszym ruchem na rzecz zmian systemowych. Podstawową barierą jest chyba to, że kobiety nie za bardzo czują, że polityka to jest ich świat. Ale klimat jest sprawą polityczną. Dlaczego kobiety nie zajmują się polityką? Ja sama kandydowałam do sejmiku wojewódzkiego, miałam też propozycję kandydowania w innych wyborach i po doświadczeniach okołowyborczych czułam bardzo mocno, że polityka to jest bagno. Nie zawsze, bo znam sensownych ludzi w polityce, ale bardzo często. W to trzeba umieć grać. Ja nie umiem i myślę, że kobiety nie są przygotowywane do tego, żeby podjąć to wyzwanie. I dlatego jest też im trudniej dołączyć do takich działań. Ale jeśli chcemy poważnej zmiany, to warto się tego uczyć i, jak to się teraz mówi, umieć w politykę. To, co zachęci kobiety do aktywności klimatycznej, jest tym samym, co zachęci kobiety do polityki, czyli przekonanie, że „ja mogę”. To, że teraz coraz więcej kobiet angażuje się politycznie, też jest zmianą, dzięki której transformacje w obszarze klimatu będą łatwiejsze do przeprowadzenia. Patrzenie na to, w jaki sposób działają polityczki z Nowej Zelandii czy ze Skandynawii, daje mi nadzieję, że w sprawach klimatu będziemy mieli coraz więcej sukcesów. Siła kobiet musi się kumulować, kobiety muszą po prostu próbować.

Chciałabym im powiedzieć: spróbuj zrobić coś, co wydaje się nie twoje, spróbuj się uruchomić politycznie, nawet jeśli uważasz, że polityka nie jest dla ciebie. Zaangażuj się politycznie, bo w taki sposób podejmuje się decyzje. Być może polityka zmieni się na lepsze, jeśli będzie w niej dość dużo kobiet.

W walce o klimat nie można się bać tarć, bo ta zmiana będzie się działa w konflikcie. Na razie cały czas mamy problem łyżeczki. Na jej poziomie różne rzeczy są do załatwienia, a na poziomie oceanu są jednak całkowicie niezałatwialne. Jak więc przejść od łyżeczki do oceanu? Nie wiem, chyba nikt tego nie wie. Tęsknię za moją nieświadomością katastrofy klimatycznej, a niedługo mogę tęsknić za światem przed katastrofą klimatyczną. To jest taki cień, z którym codziennie się budzę.

Skala wyzwań mnie przerasta. Przerasta mnie osobiście, ale z tej bezsilności biorę też siłę. Czuję bezsilność i jednocześnie się uruchamiam do działania właśnie dlatego, że nie chcę tak trwać. Potem się zastanawiam, czy swoją aktywnością mogę jakoś pomóc, czy to też nie jest przekonanie z poprzedniego świata, które mówiło: działaj, idź do przodu, to coś zmienisz. Optymistyczne jest to, że są ludzie, którzy myślą tak samo, i to daje mi dużo siły.

Mamy totalną wspólnotę, jeśli chodzi o to, co trzeba zrobić i jakie są nasze wartości. To przynosi mi ulgę. Nawet jeżeli wpadniemy w błoto, to przynajmniej razem. Jeżeli chodzi o wzmacnianie roli kobiet w przestrzeni publicznej, to jestem przekonana, że wygramy, ale w przypadku klimatu może nam się jednak nie udać.


Dziękujemy bardzo za rozmowę!

Przeczytaj również